Słuchaj no Pan, panie poseł!


Słowo wstępu. Podczas paru lat pracy na lawecie uzbierało się kilka historii związanych z pomocą drogową – zarówno tych mniej i bardziej wartych opowiedzenia. Z oczywistych względów nie zdradzę ich szczegółów, ale mogą posłużyć jako natchnienie do stworzenia nowych ciekawych historii. Dlatego też postanowiłem stworzyć serię krótkich, groteskowych opowiastek będących wymysłem wyobraźni laweciarza. Jeśli Ci się spodobają, zostaw komentarz lub lajka bym zyskał motywację do dalszej pracy! Enjoy!

sluchaj no pan, panie posel

Słuchaj no Pan, panie poseł!

– Coś nam nawaliło hę?

– Spieprzaj Pan! Nie Pański interes!

Mrużę oczy i pomału sączę papierosa. Niby nie mój, ale głupio zostawiać człowieka w potrzebie.

Jesteśmy na Nikiszu, wkoło panuje zima, chłód i majaczące w ciemnościach postacie. Nawet światło ulicznej latarni, tej tuż nad nami, migocze złowieszczo. To wszystko jak obrazek wyrwany z dobranocki małego diabła „Księga tysiąca i jednego koszmaru”, a przecież jest dopiero 20:30. Wiem dokładnie, bo czekałem aż w radio skończą mój ulubiony kawałek – Highway to Hell – i o ironio, oto zdaje się, że trafiłem do piekła. A wieczór mógł być taki przyjemny…

Zaciągam się nikotynową zgubą raz jeszcze i posyłam niedopałek poza krąg wątpliwego światła. Niczym wyzwanie rzucone samej ciemności. Tej nocnej i tej czyhającej w drugim człowieku. Poprawiam swoją czapkę uszatkę, podciągam gatki i puszczam cichego bąka. Zawsze oczyszczam myśli i organizm w ten sposób – czy to przed bójką, czy przed ciężką rozmową.

Przyglądam się podstarzałemu jegomościowi, szukając luk w jego chamskim obyciu, jednak nie znajduję żadnych. Czarny, wełniany płaszcz, najpewniej skrojony na miarę, szczelnie opina jego krępą sylwetkę. Na nogach błyszczą skórzane buty, wypolerowane niczym małe księżyce. Całości dopełnia czarny jak smoła kapelusz, oraz skórzana aktówka trzymana kurczowo pod pachą. Gotówka? Ważne dokumenty? Pornole? Któż by zgadł.

Niestety nie dostrzegam twarzy elegancika, bo od pierwszej wymiany zdań stoi do mnie plecami. Ostentacyjnie ignoruje moją obecność i nawet głośny bąk niczego nie zmienia. Zerkam na zegarek – 20:52. Spóźnię się na bazę…

– No dobra. Stoimy tu już od dwudziestu minut i nic się nie zmienia. Albo się Pan do mnie obraca, albo kończę odmrażać dupsko na dworze i jadę dalej.

– Ależ Panie! A jedź Pan w cholerę! Nie mam drobnych i nie mam czasu na pierdoły! Chyba widać, że na kogoś czekam?

Stuknięty facet! Ale myślę sobie – zima robi swoje. Ślisko na drodze, wszędzie stłuczki, opony trzeba zmieniać na zimówki to i ludzie nerwowi.

– Z Pana to gniewny człowiek musi być – zagaduję z uśmiechem.  – Takie zmarszczki na czole to się ze złości robią! – Kawał mija gościa niczym BMW na ekspresówce. Szybko i bez wrażenia.
– Pan wie kto ja jestem?! Wie Pan?! Poseł jestem, poseeeeeł!!! – Skubany sięgnął takich wibracji, że aż latarnię wygasił! Ciemno choć wykol, ale czuję jak wymachuje mi przed twarzą jakimś papierkiem, pluje po mnie i po swojej brodzie, zaczyna dyszeć – masakra! Ludzie w oknach, auta przystają, wstyd jak na studniówce, gdy holowali mnie z sali do kibla.

– Ja Ci mówię spieprzaj dziadu, spieprzaj i to w podskokach! Won jak nie chcesz kłopotów! Ty plebsie jeden. Najgorszy sorcie polaka!

No i co zrobić? Spieprzam i już. Zaczynam odchodzić i wszystko wraca do normy. Latarnia miga jak pieprzony stroboskop, auta ruszają w drogę, ludzie znikają zza szyb – pewnie będą mieli o czym rozmawiać. Nawet podejrzany element wraca na stanowiska. Wraca i spogląda w stronę pieniacza. W stronę tego bucowatego, samotnego, starszego człowieka… Nieee! To nie mój interes! Nie mój więc czemu zawracam??? A niech tam. Przynajmniej go ostrzegę…

– Nosz! Ty jeszcze tutaj?

– Panie! Zamknij się Pan…

– Chamie! Chamie jeden! Ja Ci zaraz…

– Nie, nie! Panie pośle. Zamknij się Pan w aucie, bo to niebezpieczna dzielnica, a ja wracam już do domu. – Zdziwiony patrzy jak klepię go w ramię i wręczam mu wizytówkę pomocy drogowej – Pan zadzwoni, pewnie przyślą kogoś innego do godziny. Porsche fajne, tylko żeby szyby tę godzinę wytrzymały… No nic to! Na mnie pora.

Idę i niemal słyszę jak w jego rozpalonej mózgownicy obracają się trybiki. Tak kochani. To ja: laweciarz. Mijałem go w drodze do pracy i chciałem zwyczajnie pomóc. To co, że bez stroju? Co, że bez lawety? Jak poseł to już na hak nie można? Dziwny świat.

Z tymi myślami cofam i widzę wymachującego aktówką człowieczka. Widzę poszturchujących się w bramie mężczyzn. Widzę ich szerokie uśmiechy i jego niewąsko rozwarte źrenice. Patrzę przez chwilę, a potem nie widzę już nic. Oho! Ta przeklęta latarnia w końcu jednak zgasła! No któż by zgadł…